MACIEJ SZPOT o 25 latach BFC

Jest rok 1992, na wyjazd narciarski do monte pory jedzie grupa zapaleńców. Mija kilka lat, a na stokach dolomitów szusują setki polaków prowadzonych przez instruktorów BFC, na organizowane przez biuro koncerty z udziałem największych gwiazd ściągają tłumy, a firma, z myślą o klubowiczach, buduje pod warszawą własny hotel. O kulisach, zabawnych anegdotach, ale i tym, gdzie dziś jest businessman fun club rozmawiamy z założycielem i prezesem – Maciejem Szpotem.

 

 

25 lat temu w małej górskiej miejscowości koło Bergamo…

Odbył się nasz pierwszy wyjazd narciarski do Włoch. To były pionierskie czasy, na krajowym rynku nie było zagranicznej oferty narciarskiej, mało kto marzył o profesjonalnym szkoleniu na alpejskich stokach. Ponieważ znałem Włochy – od studiów jeździłem tam pracować m.in. jako instruktor narciarski to rzuciłem hasło i szybko zebrała się grupa chętnych na wyjazd do Monte Pory. Trenerami zostali moi przyjaciele z warszawskiej AWF, a uczestnikami głównie znajomi znajomych. Skupiliśmy się na szkoleniu, ale wieczorami były oczywiście wspólne wyjście na lodowisko, pizzę, czy włoski wieczór w hotelu.

 

Taka formuła okazała się strzałem w dziesiątkę?

Od początku fascynowała mnie idea Club Med – firmy, która opracowała formułę sportowego all inclusive i chciałem iść w tę stronę. Jednak BFC, wówczas jeszcze pod nazwą Fun, tworzyłem z pasji. Z miłości do sportu połączonej z umiejętnościami organizacyjnymi rozwijałem biuro w formule klubowej. Bo szybko zorientowałem się, że w tamtych czasach pieniądze na takie wyjazdy zaczynali mieć ludzie, z którymi niekoniecznie chcieliśmy przebywać. Stąd wybraliśmy formułę klubową i początkowo chcieliśmy z klubowiczami jeździć cały rok. Były wyjazdy nurkowe, żeglarskie, rowerowe. Jednak szybko okazało się, że latem nasi członkowie mają tyle pomysłów i różnorakich pasji, że ciężko nam było ich wszystkich pogodzić, więc skoncentrowaliśmy się na narciarstwie.

 

Klub się rozrastał, na wyjazdy zaczynało jeździć coraz więcej osób…

Lata 90. były absolutnie szalone. Wraz z instruktorami znanymi mi z AWF stanowiliśmy barwną, zgraną grupę. Na nartach w pełni profesjonalni dawaliśmy klientom poczucie bezpieczeństwa, a po godzinach… potrafiliśmy rozkręcić niezłe imprezy, przenosząc klimat akademików na wyjazdy. Zdarzały nam się naprawdę zwariowane pomysły i… typowe dla tamtych lat błędy. Poważni ludzie jechali z nami do poważnego hotelu, a tam nie starczało miejsc noclegowych dla wszystkich. Ale najciekawsze, że ludzie woleli spać nie podłodze, byle tylko uczestniczyć w naszym wyjeździe.

 

Zabawnych wpadek na pewno było więcej…?

Oj tak. Do dziś pamiętam, jak pewnego razu wynajęliśmy kino, a były to już lata, w których na jeden wyjazd do Włoch potrafiło z nami przyjechać 400 osób. Teraz to żaden problem dopracować wszystko w najdrobniejszym szczególne, a wtedy wiele wieczorów organizowaliśmy na bieżąco. I tak było z tym kinem – mieliśmy puścić film, jednak nie wszyscy klienci znali angielski, więc żadna to atrakcja. Kurierem ściągaliśmy kasetę z polskiej wypożyczalni video. Przyszedł „Armagedon”, nagrany na taśmie zupełne nieprzystosowanej do odtwarzaczy kinowych. Testujemy, niby działa, ale co 15 minut kaseta się zatrzymuje. Goście zaproszeni na seans, ja po cichu liczę, że może mało ludzi przyjdzie, ale gdzie tam – sala pękała w szwach. Aby uratować sytuację… poprosiłem kadrę, by w trakcie tych przerw wbiegała na scenę i improwizowała. I tak, co 15 minut zapalaliśmy światła, wskakiwaliśmy przed publiczność prezentować skecze lub improwizować dalsze sceny z filmu. Recenzje? Najlepsze, jako można sobie wyobrazić, klubowicze zachwyceni, że można tak fajnie połączyć kino z teatrem.

 

 

Setki osób na jednym wyjeździe – zrobiliście prawdziwy szturm Polaków na włoskie stoki?

Zawsze jeden wieczór organizowaliśmy gdzieś poza hotelem. Więc jak 500 naszych klubowiczów szło alpejskim miasteczkiem to Włosi myśleli, że to manifestacja albo strajk. A potem z niedowierzaniem słuchali, jak wszyscy razem śpiewamy „Sambę Sikoreczkę”, zaczynając taneczny korowód. Albo jak siadamy w szlafrokach, na środku miasta urządzając sobie „Ciechocinek party”. Byli zszokowani tym, jak Polacy potrafią się bawić. Nasi instruktorzy robili w hotelach „dżdżownicę Magdę” – 30 osób kładło się na ziemi, zakładając nogi na ramiona kolegi i takim stworem wlekliśmy się po korytarzu. Nie było mocy – na wieczorne atrakcje wychodził wtedy z pokoju po prostu każdy.

 

Wieczorne zabawy nie kończyły się jakimiś skandalami, ale podobno raz włoska policja zabroniła… porannego rozruchu. Co złego było w bieganiu o świcie?

Niezależnie od tego, do której balowaliśmy instruktorzy mieli stawiać się o 7.45 na poranny rozruch. Z czasem zaczęli do nich dołączać klubowicze. Doszło do tego, że 300 osób truchtało po Fiera di Primero i policja zabroniła nam przebiegać przez lokalny most. Przy takiej liczbie biegaczy drewniana przeprawa tak rezonowała, że groziła zawaleniem.

 

Które lata były dla firmy najistotniejsze, najbardziej przełomowe?

Ważny był z pewnością 1996 r., kiedy w odpowiedzi na zapytania klubowiczów zaczęliśmy organizować wyjazdy incentive, wówczas głównie dla ich firm. Tak powstała druga noga firmy – BFC Incentive, którą zajął się Łukasz Adamowicz, mój biznesowy partner.
Prawdziwy rozwój naszego biura rozpoczął się na przełomie wieków – około 1999 roku. Dzięki bezpośrednim kontaktom z regionem Trentino umówiliśmy się na organizację Narciarskich Dni Polskich. W ramach kontraktu mieliśmy co dwa lata przywozić klientów do innej miejscowości w Trentino, promując także ten region w Polsce. Pierwsze NDP odbyły się w Falcade, bodajże w 2001 r. Wtedyrozpoczął się nasz marsz w kierunku dużej, dobrze zorganizowanej firmy.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Na Narciarskie Dni Polskie wynajmowaliście 4 hotele, przyjeżdżało 700 osób, 2 autokary samych instruktorów. Na stokach Polacy, wieczorami na koncertach muzycznych Polacy….

To było czyste szaleństwo, na które pozwalała nam już dobra logistyka. Jednak organizując pierwszy koncert (a śpiewała wtedy Kasia Kowalska) nie przewidzieliśmy kwestii temperatury. Było tak zimno, że muzykom postrzelały struny gitar….
Innym razem zamarzyłem, aby Justyna Steczkowska dała koncert na 2500 m n.p.m. na stoku Wszystko dograne, ale Justyna przyszła… w szpilkach. Zrobiła dwa kroki, wbiła się w śnieg i ani rusz, do sceny dojść nie może. Tłum ludzi czeka, nie ma jak przebić się skuterem. Ustawiłem więc instruktorów w szpaler i tak wnieśliśmy Justynkę na scenę. Wszystko miało już pójść gładko, ale gdy włączyła mikrofon i chciała się przywitać… wysadziło korki. Nie wiem jakim cudem, ale w ciągu 10 minut uratowaliśmy sytuację i koncert wyszedł fenomenalnie.

 

Inne niezapomniane momenty?

Koncert Leszka Możdzera w Pompeago, my w strojach narciarskich on w białym fraku, czy występ AnnyMarii Jopek w Moenie. Prosiliśmy o bis za bisem, a Ania nie wiedząc już co ma śpiewać, spojrzała na tabliczkę z napisem „Vietato fumare” (wł. palenie wzbronione) i czarownym głosem zaczęła to powtarzać. I tak powstał później znany później z płyt utwór Vietato fumare… Trudny był kabaret Cezarego Pazury, któremu włoscy wyciągowi, którym pozwoliliśmy zostać w wynajętym barze, nieustannie przeszkadzali. Niezwykłe za to było wystąpienie Emiliana Kamińskiego, gdy bez mikrofonu (zepsuł się w trakcie występu) poprowadził spektakl dla 500 osób, prezentując swoje bogactwo artystyczne i cudowną dykcję.

 

Słyszałam, że Emilian Kamiński dał również show na nartach…

Pamiętam to deszczowe popołudnie. Mgła, fatalne warunki do jazdy, wszyscy zwijamy się do hotelu. Podchodzi do mnie żona aktora i mówi, że nie ma Emiliana. Ruszamy więc z instruktorami na poszukiwania. Wjeżdżając krzesłami nad czarną trasą słyszymy z daleka głośne „aaaaaaaa”. Chwilę później widzimy, jak na krechę, na starych nartach, sunie w dół Emilian. Bez gogli, z zamkniętymi oczami, ale… uśmiechem na ustach. Jak go złapaliśmy to usłyszałem, że to najpiękniejsze momenty jego życia. „Wokół natura, na stokach mokro, cicho, nikogo nie ma – ja takie chwile uwielbiam” – mówił.

 

W Moenie śpiewała Kayah, przyjeżdżał Zakopower… Dlaczego teraz BFC nie robi już tak wielkich koncertów we włoskich kurortach?

Problemem stało się to, że organizowaliśmy je w otwartej formule, więc inne firmy zaczęły na bazie naszych eventów tworzyć swoje programy i po prostu podstawiać swoje grupy. Dla komfortu naszych klientów musieliśmy zatem zakończyć koncerty zewnętrzne, a wrócić do mniejszej, zamkniętej skali. Inna sprawa, że przeszliśmy przez wszystkie miejscowości i doszliśmy do perły regionu, jaką jest Madonna di Campiglio. Już lepiej być nie może, więc tutaj zakończyliśmy naszą „wędrówkę”. W okresie ferii wynajmujemy tu najlepszy, optymalny dla nas hotel, w sensie standardu zakwaterowania, odległości od stoków i bliskości centrum miasta. Poza wyjazdami feryjnymi powstało w ofercie firmy kilkanaście innych wydarzeń narciarskich, realizowanych poza klubem w  formule otwartej, na które może jechać każdy narciarz. Aspekt muzyczny ważny jest w Snow Music Show – ski opening w Madonna di Campiglio, jest też Narciarska Akademia Maluchu dedykowana rodzinom z małymi dziećmi, są wyjazdy rodzinne dla familii z dziećmi w wieku szkolnym, jest Narciarstwo w Słońcu, kierowane dla dorosłych i wyjazd wielkanocny.

 

…i jest wreszcie ulokowany na Mazowszu czterogwiazdkowy BoniFaCio SPA & Sport Resort. Jesteście bodajże jedynym biurem podróży w Polsce, które wybudowało swój własny hotel.

To była bardzo przemyślana i świadoma inwestycja. Pierwsza myśl o takim obiekcie zaczęła kiełkować już w 1999 r., kiedy to byliśmy operatorem Klubu Vena na Mazurach. Przez 5 lat w tygodniu przywoziliśmy tam grupy firmowe, a w weekendy gości indywidualnych. Obiekt nie spełniał jednak wszystkich naszych oczekiwań. Dlatego w 2013 r., po ponad 7 latach przygotowywania się do inwestycji, dzięki unijnemu wsparciu wybudowaliśmy BoniFaCio, w którym nic nie jest przypadkowe. Od lokalizacji blisko Warszawy po szczegóły infrastruktury sportowej – ten hotel to odpowiedź na 20 lat naszego doświadczenia w organizacji wyjazdów i eventów.

 

 

Co jest aktualnie dla firmy najważniejsze? Jak ma wyglądać kolejne 25 lat?

Chciałbym rozwinąć klubową ofertę rodzinną w BFC Travel Club i zaoferować dotychczasowy, podobny produkt w letniej odsłonie. Dla działu BFC Incentive szansą jest pozyskiwanie klientów nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, zaś Hotel BoniFaCio to duży sukces, wiec skłania nas do myślenia o kolejnych inwestycjach tego typu w innych regionach Polski.
Może na kolejny jubileusz zaprosimy do naszego obiektu nad morzem, w górach lub na Mazurach…?

 

rozmawiała: Anna Kalinowska

Fot: Sandra Biegun

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz